W Republice Południowej Afryki


Lost City, 2003
Lost City, 2003

W Republice Południowej Afryki

 

Tekst do Wieczoru Wrocławia. Styczeń 2003.

 

Jednym z najbardziej interesujących epizodów mojej życiowej „przygody z estradą" był wyjazd na koncerty dla Polonii w Republice Południowej Afryki. Byłem tam w 1992 roku razem ze Stefanem Friedmannem i Krzysztofem Jaroszyńskim, z programem pod tytułem „Wy-3-Manka „ Polecieliśmy tam samolotem Swissair na zaproszenie STP w RPA to znaczy Stowarzyszenia Inżynierów Polskich w Johannesburgu. Ten nasz wyjazd do RPA organizował w całości polski inżynier Andrzej Romanowicz, mieszkający na stałe w swej dużej, zaprojektowanej przez siebie reprezentacyjnej willi-rezydencji na przedmieściach Johannesburga. Dwójka ich synów-bliźnmiaków studiuje w Szwajcarii.

 

Ta moja pierwsza w życiu wizyta w Afryce rozpoczęła się na lotnisku w Zurichu, skąd odlecieliśmy wielkim Boeingiem 747 bezpośrednio do Johannesburga. Lot trwał około 12 godzin i był bardzo wygodny. Na lotnisku W Johannesburgu czekali na nas Państwo Romanowiczowie (to znaczy Andrzej Romanowicz z żoną), którzy zawieźli nas do swej willii. Tam czekały na nas wygodne, czyściutkie i komfortowe pokoje gościnne i kolacja przygotowana przez służącą Murzynkę z plemienia Xosa (tego samego plemienia, do którego należał żywy symbol walki z południowoafrykańskim apartheidem – Mandela). Po tygodniu pobytu miał się odbyć pierwszy nasz koncert w Johannesburgu. Większość publiczności stanowili polscy inżynierowie zatrudnieni w miejscowej elektrowni atomowej.

 

Pierwszy wolny tydzień w RPA spędziliśmy na przyjęciach wydawanych na naszą cześć przez afrykańskich Polaków. Żyło im się tu wspaniale. Wszyscy byli znakomicie urządzeni: mieli wspaniałe, wygodne domy z obowiązkową czarną służbą. Wszyscy też otrzymywali za pracę wysokie pobory! Codziennie wieczorem byliśmy zapraszani na kolację przy grillu. Tu można się było napić w dużej ilości wytrawnych alkoholi, zwłaszcza wyśmienitego wina i pogadać o polskich sprawach.

 

Po tygodniu pobytu w Jahannesburgu polecieliśmy samlotem do Kapsztadtu (po angielsku Cape Town), przepięknego miasta położonego u podnóża Góry Stołowej (Table Mountain) będącej częścią zajmujących okolice afrykańkiego Przylądka Dobrej Nadziei Gór Smoczych. Tu dostaliśmy jako kwaterę cały dom bogatego polskiego handlowca i jubilera, który którejś nocy pokazał nam swój pełen złota i diamentów sejf. Na naszym występie była spora grupa lekarzy pracujących w słynnej kapsztadzkiej klinice profesora Barnarda, który wsławił się pierwszą w historii operacją przeszczepienia serca. Zaprzyjaźniliśmy się serdecznie i powłóczyliśmy się po górach. Kolejką linową wjeżdżaliśmy parę razy na górę Table Monntain. Zdobyliśmy też szczyt góry stojącej na Przylądku Dobrej Nadziei, czego pamiątką jest otrzymany dyplom.

Kolejne dni pobytu w Kapsztadzie wypełniły nam wycieczki po niezwykle turystycznie atrakcyjnych Górach Smoczych leżących w okolicy Przylądka Dobrej Nadziei. Zwiedzaliśmy kopalnię kamieni szlachetnych i pólszlachetnych, gdzie można było sobie zebrać torebkę ciekawych kamyków.

Byliśmy też na całodniowej wycieczce w Wiosce Hugenotów Franschhoek, którzy uciekli z Francji i tu znaleźli schronienie po nocy świętego Bartłomieja. Przywiezione przez nich szczepki winorośli, zwłaszcza burgunda owocują do dziś i są podstawą produkcji świetnych win południowoafrykańskich.

Z Kapsztadtu wróciliśmy znów na tydzień do Johannesburga. W tym tygodniu zwiedziliśmy stołeczną Pretorię. Byliśmy w pałacu ministerstwa spraw zagranicznych, oglądaliśmy biurko ministra spraw zaganicznych Mr. Bothy. Na zasypanej fioletowymi kwiatami jackarandy uliczce Pretorii spotkaliśmy przypadkowo ambasadora Polski w RPA pana Dzieciucha, który pokazał nam polską ambasadę. Zwiedzaliśmy leżące na pustyni pod Pretorią Zagubione Miasto -- Lost City w którym odbywają się rokrocznie wybory miss świata. Na osatatnie dwa tygodnie afrykańskiej przygody pojechaliśmy do Ballito - wioski wypoczynkowej nad Oceanem Indyjskim, w pobliżu pełnego Hindusów Durbanu, gdzie Romanowicz zakwaterował nas w luksusowym domu letniskowego swego przyjaciela Portugalczyka. Kąpaliśmy się kilka razy dziennie w Oceanie, wylegując się na plaży w cieniu sosen norfolskich (Norfolk Pine).

W Durbanie stał polski statek handlowy, z którego załogą zaprzyjaźniliśmy się. Potem spora część tej załogi była na naszym koncercie w Durbanie.

 

Po koncercie w Durbanie kupiliśmy w tajnym, czynnym tylko dla znajomych sklepie egzotyczne pamiątki z RPA: strusie jaja i skóry antylop springbok. W okolicach Durbanu trwały zamieszki rasowe, nasz samochód był często zatrzymywany i sprawdzany. Ale na szczęście w całości wróciliśmy do naszej johannesburskiej bazy w willi Romanowiczów.

 

No i wreszcie po prawie 6-ciu tygodniach pobytu w tym afrykańskim raju wróciliśmy samolotem z Johannesburga do Zurichu. Był to jden z najurokliwszych wyjazdów na występy dla Polonii. Jeszcze do dziś, choć minęło już od tej wyprawy jedenaście lat śnią mi się barwne obrazki Afryki. Wróciłbym tam bez namysłu w każdej chwili.